Dziś mija dwadzieścia lat od pojawienia się musical.pl w Internecie. Dwadzieścia lat brzmi kosmicznie; witryna musical.pl istnieje dłużej niż YouTube, Spotify, a nawet Gmail! Wprawdzie nie stała się, jak powyższe, potęgą Doliny Krzemowej, ale łączy ludzi o wspólnej pasji, a to już coś.
Z okazji dwudziestolecia musical.pl chciałabym podzielić się z wami kawałkiem mojej osobistej musicalowej historii – pięcioma tytułami, od których wszystko się u mnie zaczęło.
1. Najwcześniejsze musicalowe wspomnienie
Jednym z pierwszych telewizyjnych obrazów, jakie pamiętam, jest – jakżeby inaczej! – scena z filmu muzycznego. Krótki urywek: taniec na stole z Hair Miloša Formana. Miałam tylko kilka lat i nic jeszcze nie rozumiałam z samego filmu (nie wiem zresztą, czy obejrzałam go wtedy w całości), ale w energii i burzy włosów Treata Williamsa zakochałam się od razu. Tak mi zostało do tej pory. Potem wielokrotnie powracałam do Hair już jako świadoma widzka. Uważam, że połączenie tego materiału muzycznego z fabułą w adaptacji Michaela Wellera i zilustrowanie całości eteryczną choreografią Twyli Tharp czynią Hair jednym z najlepszych filmów muzycznych wszech czasów. A numer I Got Life z tańcem na stole nadal należy do moich ulubionych scen w filmie.
2. Po raz pierwszy w kinie
To chyba doświadczenie pokoleniowe: ja też płakałam po Mufasie. Disneyowskiego Króla lwa obejrzałam na początku 1995 roku w Kinie Praha w Warszawie. Był to dla mnie nie tylko pierwszy musical na srebrnym ekranie, ale i pierwszy seans kinowy w życiu. Potem zaczął się szał na gadżety, więc miałam plecak z Królem lwem, piórnik z Królem lwem, koszulki z Królem lwem, zbierałam karteczki i naklejki z Królem lwem, a kasetę VHS z filmem zarzynałam tak długo, aż nauczyłam się wszystkich dialogów i songów na pamięć (tu przy okazji słowa uznania dla Filipa Łobodzińskiego za polskie teksty piosenek, które wszyscy znamy). Król lew wciąż pozostaje w ścisłej czołówce moich ukochanych musicali, a teatralna adaptacja, którą miałam okazję oglądać na londyńskim West Endzie w 2017 roku, absolutnie wbiła mnie w fotel. Do historii seansu z Kina Praha życie dopisało nieoczekiwany epilog, kiedy ćwierć wieku później, jesienią 2020 roku, dokładnie w tym samym miejscu, w budynku Novego Kina Praha przy Jagiellońskiej w Warszawie, odbyła się premiera mojego musicalowego debiutu tłumaczeniowego – Thrill me Mazowieckiego Teatru Muzycznego. Jak widać, niezwykłe rzeczy dzieją się nie tylko w bajkach Disneya.
3. Po raz pierwszy w teatrze
Rzadko jeździłam na wycieczki szkolne, ale jeśli już jeździłam, zwykle były to wyprawy do teatru. Słowa „wyprawy” używam celowo, bo tam, gdzie dorastałam, nie było żadnego teatru zawodowego w promieniu blisko stu kilometrów. Raz wybraliśmy się do Romy na Piotrusia Pana Janusza Stokłosy z librettem Jeremiego Przybory i w reżyserii Janusza Józefowicza. Ze spektaklu zapamiętałam przede wszystkim wielki statek piracki sunący po deskach teatru i taneczną scenę zbiorową z Nataszą Urbańską w roli głównej, czyli typowe megamusicalowe fajerwerki. Ale też doborową obsadę i wielką kulturę słowa w tekstach piosenek. To był dobry początek.
4. Świadomość gatunku
Pierwszym musicalem, który uświadomił mi odrębność gatunkową musicalu i dał impuls do dalszych poszukiwań, był Cats obejrzany na VHS. Reszta jest historią.
5. Musical, którego nikt by się nie spodziewał
Na koniec niszowy tytuł-niespodzianka. Dość wcześnie, bo chyba jeszcze w latach 90., trafiłam przypadkiem w telewizji na zapomnianą dziś w Polsce węgierską rock-operę Król Stefan (István, a király) w wersji filmowej z 1984 roku. Niewiele z niej wtedy rozumiałam, ale podobał mi się jej monumentalizm. Lata później mieszkałam przez krótki czas w Budapeszcie. W tamtejszej operetce – Budapesti Operettszínház – grali akurat Króla Stefana, ale za późno się zorientowałam i nie udało mi się zdobyć biletów. Nauczka na przyszłość: dokądkolwiek jedziecie, sprawdzajcie zawczasu repertuary teatrów!
12 marca 2022